76884_lg1

Wojna płci

Andy Murray przewodzi męskiej armii, która wchodzi na barykady z hasłem sprawiedliwości, żądając dłuższych meczów dla kobiet. Symbolicznie wywalczone 40 lat temu równouprawnienie upomina się o swoje.

Kobiety zbuntowały się na początku lat 70. Dysproporcję w nagrodach – w wielkim szlemie na poziomie 5 do 1 na korzyść mężczyzn, w mniejszych turniejach jeszcze większą – postanowiła zniwelować Billie Jean King. Razem z kilkoma czołowymi tenisistkami zaryzykowały kariery i założyły własny tour, który wreszcie miał zadbać o interesy płci pięknej. Powołany przez nich Virginia Slims Circuit z czasem przekształcił się w znane wszystkim WTA, świętujące w tym roku 40-lecie.

Panie zaczęły być dostrzegane, ale nie wszystkim to się podobało. W 1973 roku do garów z powrotem postanowił zagonić je 55-letni Bobby Riggs, wcześniej trzykrotny mistrz wielkiego szlema, teraz już bardziej showman, hazardzista i cwaniaczek. Riggs rzucił wyzwanie czołowym tenisistkom, twierdząc, że nawet trzy dekady po latach swojej świetności poradzi sobie z każdą z nich. W maju z Margaret Court się udało. Zdemolował ją 6:2, 6:1, a spotkanie okrzyknięto „Masakrą na Dzień Matki”. Court była jednak tylko środkiem do celu, jakim było namówienie początkowo niechętnej Billie Jean King. To 5-krotna (wówczas) mistrzyni Wimbledonu miała być jego główną ofiarą. King w końcu się zgodziła i we wrześniu doszło do „Battle of the Sexes” („Wojny płci”), które zmieniło podejście społeczeństwa.

Mecz miał niesamowitą oprawę. Były występy orkiestry i cheerleaderek, Riggs wjechał na kort na rydwanie, King została wniesiona na lektyce jak Kleopatra przez czterech rosłych mężczyzn stylizowanych na Egipcjan. Imponujące były liczby: 30 tysięcy kibiców na Astrodome i 50 milionów Amerykanów przed telewizorami. Do tego 100 tysięcy dolarów dla zwycięzcy. Przegrany musiał obejść się smakiem.

Riggs doskonale wiedział, jak nakręcić zainteresowanie tą jedyną w swoim rodzaju imprezą. „Przede wszystkim chciałbym, żeby kobieta siedziała w domu. Gotowała, zajmowała się dziećmi, rywalizowała w tym, w czym ma szansę”, kpił z Billie Jean King. „Uwielbiam Henryka VIII. Gość wiedział, jak sobie radzić z kobietami”, wspominał brytyjskiego monarchę, który ścinał głowy byłym żonom. Trenował, odbijając piłkę od wielkiej podobizny King.

W meczu Riggs się skompromitował. Przegrał 4:6, 3:6, 3:6 w stylu, który od razu rzucił cień podejrzeń na jego uczciwość. O ustawienie tego meczu został oskarżony dopiero po śmierci. W sierpniu 2013 roku reportaż na ten temat nadała telewizja ESPN, do której zgłosił się Hal Shaw, świadek tamtych wydarzeń. Według niego Riggs dogadał wszystko z mafią – z Court miał wygrać, z King się podłożyć.

Po ustawionym czy nie meczu kobiecy tenis definitywnie przestał być lekceważony. Riggs rzucił kamyczek, który wywołał lawinę popularności kobiecych rozgrywek porównywalną z rywalizacją mężczyzn.

Dziś o solidarności zawodowej nie ma mowy. Mężczyźni coraz częściej zaglądają kobietom do kieszeni. Argumenty powtarzają się od początku, to jest od 2007 roku, gdy na wielkich szlemach zaczęto wyrównywać pule nagród – że to inny sport, że aby rozgrywać pięciosetówki, mężczyźni muszą może nie mocniej, ale więcej trenować, że nie ma żadnego powodu, by kobiety miały krótsze mecze. Gilles Simon w zeszłym roku poszedł jeszcze dalej. Stwierdził wprost, że kobiety nie zasługują na takie same pieniądze. „Finansowe równouprawnienie nie sprawdza się w sporcie. Uważam, że męski tenis jest teraz dużo lepszy niż kobiecy. Na wielkich szlemach spędzamy na korcie dwa razy więcej czasu niż one”, wyliczał. Andy Murray radzi: „Nie zabierajmy kobietom pieniędzy, ale niech grają tak długo jak my. Jeśli nie przez całego wielkiego szlema, to chociaż w decydujących meczach”.

Mecze do trzech wygranych setów w kobiecym tenisie przez dłuższą chwilę już były, ale się nie sprawdziły. 16 razy tym systemem rozgrywano finał WTA Championships. Doszło do trzech pięciosetówek – Moniki Seles z Gabrielą Sabatini w 1990, Steffi Graf z Anke Huber w 1995 i Graf z Martiną Hingis w 1996 roku. Były to jedyne pięciosetowe kobiece mecze w historii. Jestem pewien, że – może pojedynczymi przypadkami – do kolejnych takich pojedynków prędko nie dojdzie, i to mimo zapewnień szefowej WTA Stacey Allaster, że kobiety są na to „chętne i gotowe”. Żadna z aktywnych tenisistek nie ma w nogach pięciosetowego meczu. Venus Williams czy Andżelika Kerber powiedziały co prawda, że dadzą radę, ale już zawodniczki jak Serena Williams czy Maria Szarapowa, dwa najbardziej wpływowe głosy touru, opowiedziały się przeciwko.

I tak zaproszenie musiałoby najpierw wyjść od turniejów wielkoszlemowych – które w kontekście kobiet do tej pory zastanawiały się co najwyżej, czy trzecie sety kończyć na przewagi czy tie-breakiem. Żaden ze szlemów nie zgodzi się na wydłużenie kobiecych meczów bez przeciągnięcia turnieju na trzeci tydzień. To perspektywa nierealna. By na taką ekstrawagancję zrobiło się miejsce, z kalendarzy WTA i ATP musiałyby wypaść po cztery mniejsze imprezy. Jednak przede wszystkim na dłuższą metę tenisistki nie podołałyby temu fizycznie. Wciąż mam przed oczami Serenę z półfinału z Jeleną Janković i finału z Na Li z tego roku w Stambule. A mowa o kobiecie, której nic nie może złamać.

Billie Jean King wspominała, że w „Wojnie płci” z Bobbym Riggsem nie chodziło o tenis, tylko o zmianę świadomości społeczeństwa. Murrayowi, Simonowi i im podobnym nie pozostaje nic innego, jak też to przerobić. Ze swoimi postulatami spóźnili się o 40 lat.

Łukasz PrzybyłowiczŁukasz Przybyłowicz twitterNie śpię, bo oglądam tenis

Napisz do mnie: l.przybylowicz@eurosport.pl

5 myśli nt. „Wojna płci

  1. ~Przemysław Staciwa

    Poziom kobiecego tenisa jest żenujący nawet na najwyższym szczeblu, podczas gdy wypłacane im gaże są żenująco wysokie. Być może ten postulat 5 setów ma uzasadnienie, ale wtedy żenujące spektakle mogłyby okazać się jeszcze żenująco długie. Porównanie tenisa męskiego i żeńskiego, to porównanie konia wyścigowego i domowej świni. Tak – świnki są uroczymi istotami (co nie każdy wie). Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  2. ~Greg

    Coś jest nie tak z tymi nagrodami. Serena powiedziała, że nie ma zamiaru mniej kasy dostawać, bo ma cycki. Moim zdanie to dostaje tak dużo, bo ma cycki. Nie ma ŻADNEGO powodu, aby kobiety zarabiały tyle samo. Bo niby dlaczego? Grają krócej, grają słabiej, ich tenis nie może się mierzyć z tenisem męskim pod żadnym względem, nawet taktyki, która w tenisie kobiecym jest na poziomie embrionalnym (a przecież nie ma związku z siłą fizyczną). Aspekt ekonomiczny? Wystarczy spojrzeć, ilu widzów jest na meczach pierwszych rund albo porównać ceny biletów na finał, ale u koników (bo wszystkie bilety na finały i tak są wyprzedane. Emocje? Ogromne emocje bywają i w meczach o mistrzostwo siódmych klas w gimnazjum w Koziej Wólce, a nie słyszałem, by dzieciaki rozliczały się w milionach dolarów.

    Odpowiedz
    1. ~scan

      ich wynagrodzenie, tak samo jak milionów innych ludzi, to wypadkowa popytu i podaży. Jeśli „cycki” niwelują lukę pomiędzy jakością tenisa męskiego a damskiego, to niech zarabiają tyle samo. Tyle tylko, że żeby pokazać cycki nie trzeba wychodzić na kort, tylko dorobić sobie w Playboyu.

  3. ~Greg

    Scan: na właśnie nie, i o to mi chodzi. To nie jest podaż-popyt. To jest decyzja władz turniejowych na podstawie wrzasków tenisistek i tzw. „poprawności politycznej” oraz „sprawiedliwości społecznej” (która nieco się różni od sprawiedliwości normalnej). To, że Szarapowa kosi taką kasę na reklamach w ogóle mi nie przeszkadza, bo tu faktycznie działa rynek i nic mi do tego. Protestuję przeciwko ustalaniu wysokości nagród na podstawie fałszywych przesłanek.

    Odpowiedz
  4. ~Le

    Nie widzę związku między długością meczu a zarobkami.
    Przecież sportowiec pracuje codziennie a nie tylko w czasie meczu.
    Swoją drogą zarabiają za dużo – zarówno mężczyźni jak i kobiety. Sport zawodowy to zaprzeczenie sportu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>