Od złotej rączki do milionera

Spojrzał na rywala przez siatkę. Jego mowa ciała zdradzała wszystko. Po 80 minutach tego maratonu w pełnym słońcu miał dość. Jego na tym korcie już nie było. „Huknę, ile sił. Jeśli trafię, będzie po nim, on do tej piłki się nie ruszy”, pomyślał. Wyszedł najlepszy serwis w turnieju.

W ten sposób 15-letni Francis Tiafoe został najmłodszym w historii zwycięzcą Orange Bowl. W finale nieoficjalnych mistrzostw świata juniorów pokonał Stefana Kozlova 7:6 (7-3), 0:6, 6:3. Mimo że jest czołowym amerykańskim juniorem, na sukces nie był gotowy. Nie z Kozlovem. Rozegrał z nim wcześniej cztery czy pięć meczów i wszystkie przegrał. Nie mógł być faworytem.

Pamiętacie, jak po zwycięstwie nad Jo-Wilfriedem Tsongą w Rzymie Jerzy Janowicz wydarł się jak lew i porwał koszulkę na strzępy? Tiafoe musiał oglądać to na YouTubie. Po asie serwisowym przy piłce meczowej podobnie jak Jerzyk znalazł się w innym świecie. Zaczął wrzeszczeć. Tak jak przy zwycięskim serwisie huknął z całej siły rakietą, tym razem w kort. Z uśmiechem od ucha do ucha. Rakieta oparła mu się, a więc poprawił, za drugim razem dając jej wieczny odpoczynek. „Nie wiedziałem, co robić. Byłem tak podekscytowany, że roztrzaskałem rakietę. Nigdy nie roztrzaskałem rakiety ze szczęścia”, mówił uradowany.

Nie wiadomo, czy ta historia zakończy się happy endem, ale zaczyna się w iście amerykańskim stylu, zgodnie z mitem od pucybuta do milionera. Pucybutem, a dokładnie złotą rączką, jest jego ojciec. Constant Tiafoe, uchodźca z Sierra Leone, który osiadł w Stanach Zjednoczonych w 1996 roku.

„Można powiedzieć, że Francis jest najszczęśliwszym dzieciakiem na świecie. Czysty przypadek. To nie on wybrał tenis, to tenis wybrał jego”, stwierdził w „The New York Times” Ray Benton, dyrektor akademii tenisowej w College Park, do której chodzi jeden z najbardziej utalentowanych nastolatków w Ameryce. Nie byłoby Francisa tenisisty, gdyby nie ojciec. W nowej ojczyźnie Constant Tiafoe zaczął od pracy na budowie, ale potem zaczepił się jako złota rączka w centrum tenisowym. Często zabierał do pracy Francisa i jego brata bliźniaka Franklina, zdarzało się, że w kompleksie nocowali po pięć dni w tygodni. Bracia złapali bakcyla i w wieku 8 lat zaczęli trenować razem z innymi chłopakami. Mieli jedyną w swoim rodzaju możliwość – jako że ich ojciec pracował na kortach, mogli korzystać z akademii za darmo. Na wydatek po 27,5 tysiąca dolarów rocznie rodziny Tiafoe w życiu nie byłoby stać.

Francis dopomógł swojemu szczęściu. Po siedmiu latach treningów pod okiem Mishy Kouznetsova jest w amerykańskiej czołówce. Dziś nie mieszka na kortach, ale pięć minut od nich. Na koncie ma już kilka dużych sukcesów, w tym ten najnowszy, Orange Bowl, w którym rywalizował z chłopakami starszymi nawet trzy lata. Wszyscy znajomi wywodzą się z akademii. Również z dziewczyną, dobrze zapowiadającą się juniorką, poznali się na korcie. „Tenis to całe moje życie”, mówił w jednym z wywiadów. Jak przystało na sportowca, jest nogą w szkole. Podobno nie radzi sobie nawet na… WF-ie. „Lubię uczyć się o rzeczach, które kiedyś miały miejsce, dlatego ze wszystkich przedmiotów w szkole najbardziej lubię historię”, powiedział innym razem. Jest szansa, że kiedyś stanie się jej częścią.

Łukasz PrzybyłowiczŁukasz Przybyłowicz twitterNie śpię, bo oglądam tenis

Napisz do mnie: l.przybylowicz@eurosport.pl

Jedna myśl nt. „Od złotej rączki do milionera

  1. ~Andrzej

    … bardzo ciekawa historia … chłopiec, któremu się udało … pouczające … może jakiś polski młodzieniec to przeczyta … oby …

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>