Sam Groth, przekleństwo Janowicza z Księgi Rekordów Guinnessa

Co musiałbym zrobić, żeby zaserwować najszybszą piłkę na świecie? „Ty? Musiałbyś trochę przypakować (śmiech)”. Przeprowadzony w Melbourne wywiad z rekordzistą świata Samem Grothem, który regularnie sprząta Jerzemu Janowiczowi sprzed nosa najszybsze serwisy.

Pięć najszybszych serwisów tegorocznego Australian Open: Sam Groth (234 km/h), Ryan Harrison (226), Jerzy Janowicz (226), Milos Raonić (226), Jo-Wilfried Tsonga (224).

To do Sama Grotha należy nieoficjalny rekord świata w prędkości serwisu 263 km/h ustanowiony w maju 2012 roku na challengerze w Busanie w Południowej Korei. 26-letni Australijczyk okupuje drugą setkę rankingu, ale na atomowym podaniu zbił dużą popularność. W czasie Australian Open jeden z głównych sponsorów turnieju KIA wydała aplikację na smartfony „Game On”, w której można było się wcielić w tenisistę narażonego na bomby Grotha.


Jesteś popularny w Australii?

- Tak mi się zdaje… Ale mogę wywoływać skrajne emocje. Jedni mogą dostawać szału, oglądając mnie ciągle w telewizji, ale innym może się to podobać. Miałem też dobry początek sezonu. W Brisbane poszło mi całkiem nieźle, zrobiłem ćwierćfinał. Oczywiście jeśli wygrywasz, ludziom się to bardziej podoba. Może mogłem zrobić lepszy wynik w Melbourne, ale w 1. rundzie miałem Vaska Pospisila, który jest naprawdę dobrym graczem.

Reklama aplikacji z twoim udziałem przy okazji Australian Open leci w TV na okrągło. Jak doszło do tej współpracy?

- To świetny pomysł! Kia jest głównym sponsorem Australian Open, ja mam rekord najszybszego serwisu. Dostałem miejsce w głównej drabince Australian Open, więc przyszli do mnie z pomysłem zrobieniem takiej aplikacji. Ucieszyłem się.

O co chodzi w tej aplikacji?

- Korzystałeś kiedyś z aplikacji do rozpoznawania dźwięków? Tu też mikrofon zgrywa dźwięk z otoczenia. Potem dostajesz wskazówki, kiedy być gotowym. Ma czujnik ruchu. Możesz zmieniać położenie, nadawać rotację piłce i tak dalej. Coś takiego zostało zrobione po raz pierwszy. Były różne konkursy z wykorzystaniem telefonów. Można było wysyłać SMS-y, ale nigdy odbierać serwisów.

W grze radzisz sobie tak dobrze jak na korcie?

- W trakcie Australian Open zostałem zaproszony do strefy KIA i przez godzinę grałem w tę grę z dzieciakami. Po tej godzinie szło mi już całkiem nieźle.

Jak wyglądały prace nad aplikacją?

- Mieliśmy jeden dzień zdjęciowy w Sydney pod koniec listopada, kiedy wróciłem zza oceanu. To było dla mnie coś nowego. Nigdy nie odgrywałem żadnych scenek. Mówili mi: przesuń się tu i tu, mów to i to. To było dla mnie coś nowego, ale bardzo mi się podobało. Mam nadzieję, że w reklamie nie wyglądam za sztywno. Mimo wszystko byłem dość zrelaksowany.

Wciąż dzierżysz rekord świata.

- 263 km/godz. To było w Busanie w Korei. Za pomiar odpowiadała firma FlightScope, która obsługuje mnóstwo turniejów ATP. Chłopak, który obsługiwał tam ten sprzęt z jej ramienia, był akurat Polakiem (śmiech). Tak więc wszystko było dostrojone, odpowiadało standardom. Wiedziałem, że umiem potężnie serwować. Zawsze tak było. Ale jak grałem w challengerach, aparatury pomiarowej albo nie było, albo była najtańsza. Ta miała wszystkie regulacje.

Mimo to wiele osób kwestionuje ten rekord. On jest oficjalny?

- ATP nie sankcjonuje tego, nawet w turniejach wielkoszlemowych, ponieważ aparatura w Melbourne jest inna niż na Wimbledonie albo w Delray Beach czy Tajlandii. Gdyby na każdym turnieju był ten sam radar, można by uznawać ten rekord za oficjalny. Ale jest oficjalnie w Księdze Rekordów Guinnessa. Znalazł się w tegorocznej edycji.

Dostałeś jakiś certyfikat?

- Nie, ale wiem, że jest w Księdze. Może powinienem ich poprosić o jakiś certyfikat?

Masz kopię Księgi?

- Nie mam! Nie wiedziałem, że to znajdzie się w Księdze. Widziałem tylko na stronie. Ale mój dobry kolega kupił Księgę synowi i powiedział mi, że jestem tam.

Wiesz już, że jestem z Polski. Mimo to zapytam, które młode strzelby mogą cię pozbawić rekordu, choć pewnie domyślasz się, że mam na myśli konkretnie Jerzego Janowicza (śmiech)…

- Mam nadzieję, że nie znajdzie się nikt, kto zabrałby mi ten rekord. Trudno powiedzieć. Nie oglądam wszystkich. Ktoś z potężnym serwisem może grać w futuresach.

A ograniczając do ATP? Jest Janowicz, Isner…

- …Raonić. Jest jeden chłopak we Francji, Albano Olivetti, gra głównie w challengerach.

Co potrzeba do pobicia rekordu?

- Wielkie znaczenie mają warunki. W Melbourne było ciężko. Dużo rzeczy robi różnicę. Piłki, wilgotność, poziom względem morza. Jeśli któryś z tych chłopaków trafi na dobre warunki, to może pobije rekord, ale mam nadzieję, że to się nie uda (śmiech).

Jakie były te optymalne warunki w Busan?

- W moim przypadku chodzi o piłki. Ale było tam ciepło. Nie pamiętam, jaka była temperatura, ale nie było dużej wilgotności. Busan nie jest też położony wysoko, jest blisko poziomu morza. Był mały wiatr, ale to akurat nie było istotne, bo serwis mierzy się zaraz po uderzeniu piłki. Tam miałem nowe piłki, na dodatek przegrywałem z przełamaniem, co mnie trochę zdenerwowało. Może ta złość też zadziałała (śmiech).

Co musiałbym zrobić, żeby zaserwować najszybszą piłkę na świecie?

- Ty? Musiałbyś trochę przypakować (śmiech). Trzeba mieć silne nogi. Mocno wejść biodrem. Wszyscy najlepiej serwujący mieli bardzo luźne ramiona. Andy Roddick, Ivo Karlović, Goran Ivanisević, też Richard Krajicek, oni wszyscy byli luźni. Kiedy serwowali, wykonywali bardzo szybki ruch ręką. To nie jest coś, czego można się nauczyć. Wielu próbuje nad tym pracować, ale to powinno być naturalne, wynikać z odpowiedniej budowy ciała. Mam to szczęście, że jestem zbudowany do takich rzeczy (śmiech).

Łukasz PrzybyłowiczŁukasz Przybyłowicz twitterNie śpię, bo oglądam tenis (@ogladamtenis)

Jedna myśl nt. „Sam Groth, przekleństwo Janowicza z Księgi Rekordów Guinnessa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>